COŚ SIĘ KOŃCZY, A COŚ ZACZYNA

Witaj! Internet jest nieskończenie wielki (tak mi się przynajmniej wydaje), a Ty trafiłeś/trafiłaś właśnie tutaj. Bardzo się z tego powodu cieszę. Jednocześnie czuję się w obowiązku by uraczyć Cię kilkoma słowami wyjaśnienia. Ta strona jest moim literackim blogiem. Kilka lat temu, kiedy podejmowałem pierwsze poważne próby tworzenia tekstów w klimacie szeroko rozumianej grozy, postanowiłem umieszczać je właśnie tutaj. Niektóre są lepsze, niektóre gorsze. Wiadomo. Listy z Miasta Wiatraków to nazwa nieprzypadkowa.

Czytaj dalej „COŚ SIĘ KOŃCZY, A COŚ ZACZYNA”

Tylko ona tańczyła bez pary cz. II

ona tanczyla II znak

Tylko ona tańczyła bez pary cz. I

– Dziękuję. – Nieśmiałe wyznanie Heleny wyrwało mnie z transu, w którym trwałem Bóg wie, jak długo.

Otworzyłem oczy i rozejrzałem się. Ciężko przełknąłem ślinę, by w końcu odetchnąć z ulgą. Wciąż byliśmy w parku. Nadal trzymałem rękę na jej talii, w drugiej zaś dzierżyłem jej delikatną dłoń. Nasz taniec dobiegł końca.

Przez ułamek sekundy obawiałem się, że mogło się stać coś złego. Domyślasz się chyba, co mam na myśli. Znajdowaliśmy się na odludziu, skryci w niemalże całkowitym mroku. We mnie buzowały emocje i absurdalne, chore wręcz pożądanie. Drżałem na myśl, że gdy otworzę oczy i odzyskam władzę nad zmysłami, będę… to znaczy, będziemy znajdowali się w sytuacji… Robiąc coś, czego szesnastolatek nie powinien robić z kobietą w podeszłym wieku. Szczęście w nieszczęściu. Staliśmy naprzeciwko siebie spleceni wciąż w tanecznym uścisku. Tylko i aż.

– Dziękuję panu – powtórzyła Helena i zrobiła krok w tył.

Czytaj dalej „Tylko ona tańczyła bez pary cz. II”

Tylko ona tańczyła bez pary cz. I

tylko ona tanczyla bez pary 1 - foto got

 

Mój Drogi,

Piszę do Ciebie drżąc z niepewności. Nawet teraz, kreśląc te słowa, waham się, czy to aby na pewno dobry pomysł, by opowiedzieć Ci tę jedną, jedyną historię, którą jak dotąd, trzymałem w tajemnicy przed całym Światem. Być może jest to mój ostatni list do Ciebie. Czas nie jest dla mnie łaskawy.

Jeśli stanie się tak, że z jakichkolwiek powodów postanowisz przerwać lekturę mego listu, zrób to niezwłocznie i bez skrupułów. Bez względu na to, czy zdecydujesz się go przeczytać, czy też nie, proszę Cię o jedno. Kiedy będzie po wszystkim, włóż go z powrotem do koperty i spal. Dołóż wszelkich starań, aby te nasączone atramentem kartki nie trafiły w ręce inne niż Twoje. Przyjmij te słowa jako wyraz ostatniej woli Twojego serdecznego Przyjaciela.

Dawno temu obiecałem sobie, że nigdy o tym nie wspomnę, że nikogo nie będę obarczał jarzmem moich bolesnych doświadczeń. Czuję jednak, że nie pozostało mi wiele czasu. Niedługo umrę. Nie użalam się nad sobą. Po prostu mam przeczucie, że już niebawem przyjdzie mi się pożegnać z życiem. Wcale nie jest mi z tego powodu przykro. Wiesz, jak żyłem. Znasz mnie jak nikt inny. Byłeś ze mną w dobrym i w złym czasie. Poznałeś moją naturę lepiej chyba niż ja sam. Tylko Ty mi zostałeś i właśnie dlatego, w tym liście pozwolę sobie na ostatnią opowieść. Nikt nie potrafił mnie wysłuchać tak jak Ty i choć zwierzałem Ci się już niezliczoną ilość razy, postanowiłem zrobić to jeszcze jeden, ostatni już raz.

Pozwól, drogi Przyjacielu, że opowiem Ci historię o pewnym spotkaniu, do którego wcale nie musiało dojść, a które zmieniło moje życie w sposób wręcz niewyobrażalny. Bądź tak łaskaw i przyjmij moje ostatnie wyznanie – krótką opowieść o smutku, samotności i ścieżce prowadzącej na samo dno piekła.

Czytaj dalej „Tylko ona tańczyła bez pary cz. I”

Za Kratą cz. IX

50 za kratą cz. 9 foto znak

Za Kratą cz. VIII

Byli przy mnie. Widziałem z bliska ich twarze i malujące się na nich serdeczne uśmiechy. Nic nie mówili. W milczeniu wpatrywali się we mnie, jak w obrazek. Nie wiedziałem, gdzie jestem, ani co się ze mną dzieje.

Leżałem, stałem, czy siedziałem? A oni? Co sprawiło, że byli tacy rozradowani? – Chciałem o coś zapytać, ale nie mogłem. Otworzyłem usta, lecz z gardła nie wydobył się żaden dźwięk.

I te ich oczy. W przeszklonych źrenicach mógłbym przejrzeć się jak w zwierciadle. Niestety żadnego odbicia nie dostrzegłem. Tylko prostoduszna radość i czyste szczęście.

Było mi dobrze. Cały świat dookoła jakby nie istniał. Byliśmy we trójkę i niczego więcej nie było mi trzeba.

Nagle obie twarze rozbłysły jasnym światłem. Bijąca od nich, oślepiająca aura stawała się ciężka do wytrzymania. Moją głowę przeszył ból – nagły, ostry i niespodziewany. Zobaczyłem rozbłyskujące refleksy, które zapalały się, by zaraz zgasnąć i ponownie pojawić się gdzieś obok. Było ich coraz więcej, migały coraz szybciej wzmagając potworny ból.

Czytaj dalej „Za Kratą cz. IX”

Za Kratą cz. VIII

49 za kratą cz. 8 foto znak

Za Kratą cz. VII

Mięśnie, do tej pory rozluźnione, spięły się momentalnie, jakby raził mnie prąd. Z całej siły zacisnąłem powieki. Zadrżała mi twarz. Zadrżało całe moje ciało. Chciałem krzyczeć, ale lęk zasznurował mi usta. Chciałem też uciec, ale moje kończyny stały się bezwolne i upodobniły mnie do szmacianej kukły.

Znów usłyszałem czyjś oddech. Był krótki i chorobliwie szeleszczący. Swym brzmieniem przypominał zwierzęce posapywanie.

Wzbierało we mnie przerażenie – porażające i pierwotne. Miałem wrażenie, że zaraz eksploduję. W ciągłym napięciu podrygiwałem coraz mocniej. Odgłos obcego oddechu został prawie zagłuszony przez łoskot mojego serca, które tłukło się w piersi, jakby chciało się z niej wyrwać i wybiec z pokoju zostawiając mnie na pastwę dwojga nieznajomych.

Wiedziałem, że się zdradziłem. Ci, którzy stali teraz nade mną, wiedzieli już, że nie śpię. Zebrałem więc w sobie całą silną wolę i postanowiłem działać. Odrzuciłem kołdrę i zerwałem się z pościeli z prędkością, która mnie samego wprawiła w osłupienie. Przylgnąłem plecami do ściany i dopiero wtedy szeroko otworzyłem oczy.

Czytaj dalej „Za Kratą cz. VIII”

Za Kratą cz. VII

48 za kratą cz. 7 footo

Za Kratą cz. VI

Nie wiem, ile czasu zajęło mi opowiedzenie matce o wszystkim, co mnie ostatnio spotkało. Zacząłem od niewidzialnej dłoni, która musnęła mój nadgarstek w zakratowanym otworze. Wspomniałem o mrowieniu na skórze, o straszliwych snach. Podzieliłem się swoimi obawami, swoim lękiem i poczuciem zagubienia.

Aż do chwili, kiedy w swojej opowieści dotarłem do momentu, w którym rozstaliśmy się z Wojtkiem u rozstaju dróg, moja mama nawet nie drgnęła. Przypatrywała mi się tymi swoimi wielkimi i dobrymi oczami. Miała poważną minę. Kilka razy miałem wrażenie, że zasnęła z uniesionymi powiekami, znużona moimi rewelacjami.

Ona jednak nie spała. Słuchała mnie z pełnym zaangażowaniem, choć wyglądała na niezwykle wyczerpaną. Był środek nocy. Miała więc prawo do zmęczenia.

Kiedy było już po wszystkim, westchnęła głęboko i przytuliła mnie. Świeży zapach jej nocnej koszuli i łagodny zapach mydła, zadziałał na mnie kojąco. Cały czas pociągałem nosem, szlochałem i podrygiwałem, lecz nie byłem już sam.

– Nie bój się – wyszeptała w końcu, przytulając policzek do moich zmierzwionych włosów. – Nic się nie bój kochanie. Wszystko będzie dobrze.

Ale co będzie dobrze? Jak dobrze? – pytałem w myślach. – Przecież to wszystko jest nienormalne! Chore!

Czytaj dalej „Za Kratą cz. VII”

Za Kratą cz. VI

47 za kratą cz. 6 - foto znak

Za Kratą cz. V

Świat zatrzymał się jak w stopklatce. My z rozdziawionymi buziami patrzyliśmy na niego. On zaś ze złowrogą obojętnością przyglądał się nam. Wojtek przywierał do ściany rzucając krótkie spojrzenia raz na mnie, a raz na stojącego przed nami mężczyznę. Ja, trzęsąc się jak osika, przyklejony do ramienia mojego przyjaciela, wyglądałem jak człowiek toczony przez gorączkę. Dygotałem, dyszałem ciężko, a na moim czole pojawiły się kropelki potu. Ten chwilowy zastój, to niesamowite zatrzymanie kierującego światem czasu, trwało zaledwie kilka sekund. Dla mnie była to wieczność.

– Co? Kto to? Jaki „on”? – zapytał niepewnie Wojtek. – O czym ty mówisz? – Spojrzał na mnie i chyba dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, że było ze mną niewesoło.

– To on… To on! – powtarzałem coraz głośniej, jakbym odchodził od zmysłów. – To jest ten człowiek, którego widziałem w swoim śnie – wybełkotałem po chwili i jeszcze mocniej ścisnąłem ramię towarzysza.

– Co ty pieprzysz? – warknął Wojtek.

Musiał jednak poczuć zagrożenie, ponieważ powoli zaczął się wycofywać, popychając przy tym również mnie. Ugiął kolana, a pod jego cienką koszulką poczułem napinające się mięśnie. Przypominał kota, który sposobił się do ataku lub ucieczki. Pod prawą dłonią poczułem jego serce, które biło coraz szybciej. Zaczęło robić mi się słabo.

– To on Wojtek. To jest on – bełkotałem już jak człowiek niespełna rozumu lub jak ktoś kompletnie pijany.

Naraz było mi gorąco i zimno. Świat zaczął coraz szybciej wirować przed moimi oczyma.

– To on! To on siedział  na dnie tego lochu, o którym ci mówiłem, na dnie tej studni. Tej, tej, tej… – powtarzałem płaczliwym głosem i skinięciem głowy wskazałem na otwór, który znajdował się właśnie przed czubkami butów przybysza. – On był tam na dole. On ścierał palce o ścianę. To on mnie złapał, krzyczał i…

Czytaj dalej „Za Kratą cz. VI”

Za Kratą cz. V

46 za kratą cz. 5 BARTYNSKI znak

Za Kratą cz. IV

Byłem tam. Stałem na dnie tego przeklętego lochu, który jeszcze niedawno widziałem we śnie. Wtedy wydawał się być przerażającym, ale mimo wszystko wyśnionym i nierealnym. Teraz wszystko było wyraźne, rzeczywiste i namacalne.

Pod stopami czułem chłód, wilgoć i twardość betonu. Z każdym oddechem do moich płuc wpływała dusząca woń stęchlizny. Nad sobą widziałem kratę, a za nią niewyraźny zarys dwóch sylwetek. Miałem wrażenie, że znajdujący się u góry ludzie przyglądają mi się uważnie. Mimo panującej wewnątrz jasności i rozlewającej się żółtawej poświacie niewiadomego pochodzenia, nie mogłem dostrzec ich twarzy. Byli bardzo, bardzo daleko ode mnie.

Opuściłem wzrok wiodąc spojrzeniem po równinie ceglanej ściany. Rozejrzałem się. Dyszałem jak dzikie zwierzę pojmane w sidła. Opanowało mnie przerażenie. Panika zaś, jak ostra przyprawa dodawała moim emocjom wyrazu.

Dłonie… A co z dłońmi? – pomyślałem nagle, lecz bałem się spojrzeć w dół.

Nie czułem bólu ani zapachu krwi. Wokół, na otaczających mnie ścianach nie widziałem krwawych śladów. Wreszcie przemogłem strach i popatrzyłem na swoje palce.

Zrobiło mi się słabo. Zemdliło mnie i zakręciło mi się w głowie. Niewiele brakowało, a straciłbym przytomność i runął twarzą na zawilgocony beton. Jakimś cudem jednak udało mi się ustać na nogach. Oparłem się rękoma o ścianę i przez oczy, które przysłoniła mętna kurtyna łez, wpatrywałem się w moje niekompletne, skrócone do tej samej długości palce. Nigdzie jednak nie było krwi. Na nadgarstki nie opadały strzępy rozszarpanego mięsa, nie bieliły się też ostre krawędzie spiłowanych kości. Rany były zagojone.

Czytaj dalej „Za Kratą cz. V”

Za Kratą cz. IV

45 za kratą cz. 4 - FOTO znak 2

Za Kratą cz. III

Matka wpadła do kuchni i przez chwilę przyglądała się zastanej sytuacji. Wyglądała na przejętą. Ja stałem z załzawionymi oczami opierając się plecami o ścianę, a ojciec kucał przede mną przyglądając się mojej dłoni. Nie czułem bólu. Nie wiedziałem nawet, w którym momencie zraniłem się na tyle, że z przeciętej skóry zaczęła sączyć się krew. Mama zbliżyła się, odsunęła dłonią zdziwionego tatę i również się nade mną pochyliła. Przez chwilę w milczeniu przyglądała się mojej ręce, po czym zaprowadziła mnie do zlewu i w strumieniu zimnej wody obmyła ranę.

Na początku byłem w szoku. Przez pewien czas mój rozum nie mógł poradzić sobie z interpretacją zarejestrowanego obrazu. Nie wiedziałem jak, nie wiedziałem kiedy i co właściwie sobie zrobiłem. Z każdą kolejną sekundą, z każdą kroplą mojej krwi, która znaczyła czerwone ślady na podłodze naszej kuchni, ogarniało mnie coraz większe przerażenie, które wcześniej i tak było już ogromne. W końcu nie wytrzymałem i rozpłakałem się. Matka głaskała mnie po głowie, a ojciec zza jej pleców raczył mnie uwagami o potrzebie zachowywania się jak mężczyzna. Przypominał mi, że tak naprawdę nic się nie stało i że po prostu musiałem o coś zahaczyć zeskakując z parapetu i biegnąc po niego do pokoju. Twierdził, całkiem z resztą rozsądnie, że byłem podekscytowany i przestraszony, dlatego nie poczułem nawet momentu, w którym rozciąłem sobie skórę.

Do mnie jednak te argumenty nie docierały. Tego wszystkiego było za wiele. Najpierw muśnięcie niewidzialnych palców w podziemiach opuszczonego młyna, później makabryczny sen, uczucie chłodu na dłoni dotkniętej przez wyśnionego więźnia ceglanego lochu, potem burza, przywidzenia, a teraz to. Za dużo wspólnych mianowników. Za dużo elementów składających się w spójny, logiczny i jednocześnie absurdalny ciąg.

Czy płakałem z bólu? Skąd! Nie czułem zupełnie nic. Za nic w świecie nie mogłem przypomnieć sobie także momentu, w którym miałbym się skaleczyć. Przecież nie byłem aż w takim amoku. To było dla mnie oczywiste. Bałem się, to prawda, ale byłem świadomy otaczającego mnie świata. Nie płakałem więc z bólu. Płakałem z bezradności i strachu, który stał się niemożliwy do wytrzymania.

Czytaj dalej „Za Kratą cz. IV”

Za Kratą cz. III

44 za krata cz 3 foto znak

Za Kratą cz. II

Źle spałem. Kiedy udawało mi się zapanować nad strachem i choćby na chwilę przymknąć powieki, od razu przed oczami stawały mi kadry z koszmaru, który nawiedził mnie tejże nocy.

Widziałem betonowy mur przyozdobiony trzema wiązkami kolczastego drutu. Widziałem obłoki ciemnego dymu unoszące się nad drzewami cmentarza. Choć nie dostrzegałem nagrobnych płyt i drewnianej wieży kościółka, byłem pewien. Po prostu wiedziałem, że po drugiej stronie szarej ściany jest cmentarz. Aura śmierci była wyraźnie odczuwalna. Później znów spoglądałem na morze, milczącą stal karabinów maszynowych i skrzynie z amunicją, które w jakiś paranoiczny sposób kojarzyły mi się z prezentami ułożonymi pod choinką.

To jednak nie było najgorsze. Te, jak i wiele innych obrazków gotów byłem obejrzeć jeszcze raz, choć wiedziałem, że prędzej czy później dojdę do momentu, w którym spoglądając w zakratowany otwór, dostrzegę przerażającą, zdeformowaną twarz. Oczy uwięzionego mężczyzny, jego brudne, poranione dłonie, umazane krwią ciało i wydobywającą się z gardła rękę, która obrzydliwymi paluchami sięga ku mojej twarzy – to wszystko sprawiało, że się budziłem. Zlany potem wpatrywałem się w sufit, nie mogąc sobie poradzić z bezsennością.

Nie wiem, jak długo udało mi się śnić bez powrotów do koszmaru. Godzinę? Może dwie.

Czytaj dalej „Za Kratą cz. III”